Opowiadanie fanowskie / Akta 001

Cena jednej idei

Nie jest częścią kanonu „Recanete / Mołczegorsk”

I. Witamy w Mołczegorsku

Benzyna nie kończyła się od razu.

Najpierw wskazówka opadła na czerwone pole i przez kilka kilometrów drżała na nim w rytm wybojów. Potem na desce rozdzielczej zapaliła się kontrolka — przygaszona, niemal pomarańczowa, z wytłoczonym symbolem dystrybutora. Postukał paznokciem w szybkę. Wskazówka drgnęła w dół.

— Tylko nie teraz, proszę.

Siedział z głową wtuloną w ramiona, jakby nawet tutaj, sam w samochodzie, spodziewał się czyjegoś krzyku. Był lekko przy kości. Rozciągnięta bluza z kapturem układała się w fałdy na miękkim brzuchu; na łokciach i przy kieszeni czerniały dziury. W lusterku wstecznym kołysała się posępna, blada, źle ogolona twarz o zaczerwienionych oczach. Jeszcze rano odwrócił lusterko ku podsufitce, lecz na rozbitej drodze stopniowo opadło z powrotem.

Na dywaniku pasażera walała się zgnieciona torebka z okruszkami chleba. W popielniczce zamiast papierosów leżały drobne. Kilka razy przeliczał je podczas postojów, choć suma od tego się nie zmieniała.

Kiedyś samochód był granatową ładą samarą. Teraz kolor zachował się tylko na dachu i wokół klamek. Błotniki przeżarła rdza, w prawym progu ziała dziura zatkana szmatą, a pod dywanikiem pasażera leżał kawałek blachy zasłaniający przegnitą podłogę. Na wybojach blacha podskakiwała i dzwoniła. Przetarcia na dżinsach wyblakły niemal do białości, a na prawym kolanie materiał przetarł się na wylot. Woda przesączała się przez uszczelkę przedniej szyby prosto na kolana kierowcy, dlatego trzymał na spodniach stary ręcznik.

Dawno już przestał to wszystko naprawiać. Szczeliny zatykał gazetą, pod plecy podkładał szmatę, a kiedy drzwi nie otwierały się od środka, wysiadał od strony pasażera. Można się było przyzwyczaić niemal do wszystkiego, jeśli tylko nie myślało się o tym, że inni mają inaczej.

Samochód nie odpowiedział. Zresztą rzadko z nim rozmawiał i zawsze tym samym językiem: grzechotem drzwi, kaszlem silnika, głuchym uderzeniem pod podwoziem. Teraz spod maski dochodziło jeszcze cienkie, metaliczne terkotanie. Pojawiało się na podjazdach, cichło przy zjeździe i za każdym razem wracało odrobinę głośniejsze.

Droga pełzła wzdłuż góry, przywierając do czarnego zbocza. Po prawej, za niską barierką, nie było nic — tylko gęsta, nieruchoma mgła. Reflektory wyławiały z niej kilka metrów mokrego asfaltu, białą linię i następny słupek. Cała reszta jakby nie zdążyła jeszcze powstać.

Zwolnił. Wycieraczki chodziły po szybie z suchym skrzypieniem, choć nie padał deszcz. Przy każdym ruchu rozmazywały osiadłą wilgoć i na chwilę mgła przybierała postać długich szarych smug. Potem szyba znów matowiała.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio widział drogowskaz. Godzinę temu czy dziesięć minut temu — w tej bieli odległość i czas równie źle zachowywały kształt. Było rozwidlenie, ciężarówka na poboczu, żółta tablica z nazwą rzeki. Albo to było jeszcze przed przełęczą.

Zdjął jedną rękę z kierownicy i wymacał w kieszeni telefon.

Ekran zapalił się bladozielonym światłem. Cyfry wskazywały 18:47. W prawym rogu nie było ani jednej kreski zasięgu.

Telefon był stary, z klawiaturą, w wytartej obudowie i z pęknięciem biegnącym od gwiazdki do ikony baterii. Potrafił dzwonić, odbierać wiadomości i budzić rano. Gładkie telefony z mapami widywał tylko na wystawach i w cudzych dłoniach. Kiedyś poprosił, żeby pokazano mu najtańszy, usłyszał cenę, powiedział, że jeszcze się zastanowi, i już nigdy nie wszedł do tamtego sklepu.

— Ech, gdybym mógł sobie pozwolić na nowoczesny telefon z dżipiesem — powiedział, tylko po to, by usłyszeć własny głos. — Przynajmniej wiedziałbym, gdzie mi się kończy benzyna. I pokazałby stację. A tak radź sobie człowieku, jak umiesz.

Wewnątrz samochodu słowa zabrzmiały płasko i obco. Po nich metaliczne terkotanie pod maską stało się wyraźniejsze.

Nacisnął przycisk połączenia. Po kilku sekundach na ekranie pojawił się napis: TYLKO POŁĄCZENIA ALARMOWE.

— Dzięki. Bardzo pomogłeś. No nic. Ludzie kiedyś jakoś jeździli bez dżipiesa. Ja też dojadę, co mam zrobić.

Schował telefon do kieszeni bluzy.

Droga zaczęła się wznosić. Pedał pod starym adidaskiem opadł niżej. Silnik zawył z wysiłkiem i nierówno. Wskazówka paliwa już nie drżała. Leżała poniżej czerwonego pola.

Wyłączył ogrzewanie, choć w kabinie było zimno, i pokręcił gałką radia. Na jednej częstotliwości syczało, na drugiej trzeszczało, na trzeciej z głośnika ciągnął się jednostajny szum. Próbował złapać cokolwiek innego, lecz wskazówka raz za razem przesuwała się po pustej skali.

— Ech, gdybym miał radyjko z odtwarzaczem em-pe-trzy, to bym sobie muzyki posłuchał. Przecież chciałem kupić. Ciągle myślałem: później założę jakieś porządne. A potem ceny poszły w górę. Zresztą po co wkładać dobre radyjko do takiego gruchota? Jeszcze ukradną. Pojeżdżę z tym. Nie ogłuchnę.

Zostawił częstotliwość, na której szum był cichszy. Przez sekundę wydawało mu się, że ktoś w nim mówi. Nie słowa — miarowy głos, który w równych odstępach podawał krótkie liczby.

— No proszę — westchnął. — Nawet szumu porządnie złapać nie umie.

Wyłączył radio. Pokrętło głośności sucho kliknęło.

Dało się słyszeć, jak woda osiada na dachu.

Przed nim wyłoniła się biała plama.

Spiął się i zdjął nogę z gazu. Plama wisiała nad drogą na wysokości człowieka. Stała się prostokątem, potem błysnęła metalem. Drogowskaz.

Pochylił się ku przedniej szybie, mrużąc oczy. Światło reflektorów przesunęło się po niebieskiej farbie i wielkich białych literach:

MOŁCZEGORSK

Pod nazwą widniała strzałka w prawo. Niżej, na osobnej wąskiej tablicy, napisano:

STARE MIASTO — 3

Za znakiem z mgły oddzielił się zjazd. Wąska droga nurkowała między sosnami i niemal od razu znikała za zakrętem.

Roześmiał się. Śmiech zabrzmiał krótko, przepraszająco i zbyt głośno. Natychmiast umilkł i odruchowo zerknął na sąsiednie siedzenie, jakby mógł tam być ktoś, komu przeszkadzała jego radość.

— O, miasto! Ale ze mnie szczęściarz. Może tam dadzą mi benzynki na krechę.

Nie wiedział, do kogo to powiedział — do samochodu czy do siebie.

Do Mołczegorska mogły być trzy kilometry. Do Starego Miasta także. Wszystko jedno. Miasto oznaczało domy, ludzi i stację benzynową. W najgorszym razie — kanister benzyny kupiony od kogoś za potrójną cenę. Byle tylko nie utknąć na przełęczy i nie spędzić nocy w zimnym samochodzie.

Włączył kierunkowskaz.

Zielona strzałka na desce zamigotała. Klik. Przerwa. Klik. Przerwa.

Przy trzecim kliknięciu skręcił.

Zjazd okazał się bardziej stromy, niż wyglądał z góry. Asfalt był stary, bez oznakowania, pocięty poprzecznymi pęknięciami. Z obu stron tłoczyły się mokre świerki. Ich dolne gałęzie wyciągały się nad drogą i skrobały po dachu, choć między samochodem a drzewami pozostawał co najmniej metr.

Jechał na hamulcu. Mgła spływała między pniami i zbierała się na drodze warstwami: białą, szarą, niemal czarną. W świetle reflektorów warstwy przypominały nieruchome stopnie, jeden poniżej drugiego. Samochód zapadał się przez nie, a on za każdym razem czekał, aż pod kołami zabraknie drogi.

Po kilku minutach pojawił się słupek kilometrowy. Widniała na nim cyfra 3.

Spojrzał na licznik kilometrów. Kiedy z przodu wyłonił się następny słupek, na nim także była cyfra 3.

— Starej tabliczki nie zdjęli — powiedział.

Trzeci słupek leżał w rowie, zwrócony licem ku górze.

Na nim widniała cyfra 3.

Silnik zakaszlał. Reflektory przygasły, wróciły do poprzedniej jasności i znów przygasły. W kabinie zapachniało rozgrzaną instalacją i czymś jeszcze — ciężkim, tłustym, lekko słodkawym. Uchylił okno na dwa palce. Z zewnątrz pachniało mokrym igliwiem i zimnym kamieniem.

Słodkawy zapach pozostał w środku.

Zamknął okno.

Droga się wyrównała. Drzewa ustąpiły i wyłoniły się zza nich pierwsze domy Starego Miasta.

Ulica zaczęła się nagle. Las urwał się przy zardzewiałej barierce, za którą od razu stał trzypiętrowy dom. Pierwsza latarnia zapaliła się, gdy samochód do niej podjechał, i zgasła, ledwie została z tyłu. Następna zrobiła to samo.

Światło przechodziło od latarni do latarni, towarzysząc samochodowi. Pewnie miały czujniki ruchu. Oszczędzali prąd.

Najpierw dostrzegł tylko dachy. Wynurzały się z mgły jeden po drugim, ciemne i ostre, opadając po zboczu ku niewidocznemu centrum. Potem pojawiły się górne piętra, balkony, rynny. Za pierwszymi starymi domami ciągnęły się rzędy chruszczowek — szarych, wyblakłych, miejscami obdartych aż do cegły. Stały wzdłuż drogi niczym jednakowe pięciopiętrowe pudła, lecz czas sponiewierał każdą po swojemu. Jednej osypał się narożnik, drugą przecinała szeroka szczelina, w trzeciej balkony obudowano różnymi płytami z tworzywa i zardzewiałą blachą.

Jechał między nimi powoli, omijając dziury. W niektórych oknach paliło się światło. Za zasłonami migotały telewizory, w kuchni na drugim piętrze mrugał okap, a na jednym z balkonów kołysało się pozostawione pranie. Drzwi klatki schodowej przed nim zamknęły się bez pośpiechu, jakby ktoś dopiero co wszedł do środka.

Ale ludzi nie było.

Nikt nie stał pod blokami, nie palił na balkonach, nie przechodził przez ulicę. Na przystanku leżał otwarty parasol. Przy kiosku spożywczym walała się pęknięta torba, z której ziemniaki wytoczyły się na chodnik. Zaparkowany przy krawężniku sedan cicho trzaskał stygnącym silnikiem. Wszystko wyglądało nie na opuszczone, lecz porzucone kilka chwil wcześniej — jakby miasto żyło zwyczajnym życiem, dopóki z mgły nie wyłoniły się reflektory jego samochodu.

Nad domami, dalej w kotlinie, majaczył ogrom góry. Nie było jej widać w całości — tylko czarną masę zamykającą horyzont. Góra znajdowała się teraz przed nim, choć dopiero co z niej zjechał. Pewnie droga po prostu obeszła zbocze.

Na skrzyżowaniu się zatrzymał.

Drogę na wprost przegradzała siatka. Za nią mgła skrywała szeroką ulicę i wierzchołki nagich drzew. W lewo zaczynał się zjazd ku centrum. Po prawej domy przerzedzały się, ustępując miejsca zboczu i lasowi.

Na słupie wisiało kilka drogowskazów. Tablica CENTRUM wskazywała w lewo. Pod nią strzałka do starego cmentarza miejskiego kierowała w prawo. Najniżej znajdowała się mała biała deseczka z nierównymi czarnymi literami:

STACJA PALIW — 1,2

Jej strzałka także wskazywała w prawo.

— Oczywiście — mruknął. — Jak sobie życzycie.

Lekko nacisnął gaz, nie pozwalając silnikowi zgasnąć na wolnych obrotach. Wskazówka paliwa się nie poruszała. Kontrolka z dystrybutorem świeciła teraz jaśniej niż wszystkie pozostałe wskaźniki.

Spojrzał na ciemną drogę prowadzącą ku obrzeżom i włączył prawy kierunkowskaz.

— W prawo to w prawo — westchnął. — Cmentarz tam, stacja tam. Dobre sąsiedztwo. No ale co zrobić.

Skręcił w prawo.

Droga obiegała ostatni rząd chruszczowek i prowadziła ku obrzeżom. Latarnie stały tu rzadziej, za to przed nim przez mgłę wyłoniła się płaska biała wiata. Pod nią połyskiwały cztery dystrybutory. Nad niewielkim budynkiem paliły się czerwone litery STACJA BENZYNOWA.

— No proszę — ożywił się. — Nie oszukali. Zaraz poproszę o trochę benzynki, a pieniądze kiedyś podrzucę. Ludzie bywają wyrozumiali.

Samochód dotoczył się do pierwszego dystrybutora. Silnik zakrztusił się, kilka razy szarpnął konwulsyjnie nadwoziem i umilkł. Jeszcze przez chwilę trzymał dłonie na kierownicy, jakby liczył, że to nie zostanie uznane za awarię, po czym z poczuciem winy spojrzał na puste siedzenie obok.

— A mówiłem, że mało. Nic nie szkodzi. Już jesteśmy.

Za szklanymi drzwiami stacji paliło się światło. Na ladzie stały kasa fiskalna i plastikowy kubek, leżał też otwarty zeszyt. Krzesło było odsunięte, jakby kasjer dopiero co wstał. Jednak za ladą nikogo nie było, podobnie jak między dystrybutorami.

— A więc to stacja samoobsługowa — domyślił się. — Takie rzeczy szanuję. Postęp. Nowoczesność.

Samoobsługę rzeczywiście szanował. W sieciowych sklepach kasa nie patrzyła mu w twarz ani nie zaglądała do torby. Czasem bułka, paczka parówek czy puszka konserwy jakoś omijały skaner. Jeśli w pobliżu znalazł się pracownik, zawsze można było wzruszyć ramionami z poczuciem winy: nie zauważył, nie zrozumiał, urządzenie chyba się zawiesiło.

Gdzie tam kradzież. Z jego pieniędzmi inaczej nie dało się przeżyć. Sklepy były wielkie, od jednej bułki nie zbiednieją. Trzeba było sobie jakoś radzić.

Spojrzał dalej, ponad wiatą. Jakieś pięćset metrów od stacji przez mgłę prześwitywał wielki prostokątny budynek centrum handlowego. Kilka liter na fasadzie się nie paliło, lecz szyld nadal można było odczytać. Przed wejściem świeciły latarnie parkingowe. Ani jeden samochód się po nim nie poruszał.

Jeszcze dalej, za centrum handlowym i dachami chruszczowek, we mgle majaczył cienki okrąg. Najpierw wziął go za krawędź ogromnej anteny albo żuraw budowlany. Potem ujawniły się szprychy, podpory i ciemne gondole.

Diabelski młyn górował nad Starym Miastem i się nie poruszał.

Długo patrzył na niego przez przednią szybę. Jedna z gondoli powoli wynurzyła się z mgły tuż przy samym szczycie, zakołysała i znów rozpłynęła w bieli.

Nie było wiatru.

Wysiadł z samochodu i podszedł do dystrybutora. Klapka wlewu paliwa się zacinała. Podważył ją kluczem, wsunął pistolet do wlewu, nacisnął dźwignię i czekał.

Pod wiatą pachniało benzyną i mokrym betonem. Przez ostry odór paliwa przebijał się ten sam słodkawy zapach przegrzanego tłuszczu. Przełknął ślinę. Od rana nie jadł nic oprócz suchego chleba. Pewnie ciągnęło od centrum handlowego.

Nic nie popłynęło.

Na obudowie dystrybutora zapalił się przygaszony prostokątny ekran. Pod nim znajdowały się czytnik banknotów i wąska szczelina na monety. Po ekranie przesunął się napis:

NAJPIERW DOKONAJ PŁATNOŚCI

Puścił dźwignię, nacisnął ją ponownie i potrząsnął pistoletem. W wężu mogło zostać choć trochę. Licznik ani drgnął.

— Ech, i to ma być samoobsługa — przeciągnął. — Sam zapłać, sam nalej. To gdzie tu obsługa?

Zajrzał w szczelinę wrzutnika, poskrobał ją paznokciem, a nawet postukał w obudowę. Dystrybutor nie odpowiedział. Drobne z samochodowej popielniczki wystarczyłyby najwyżej do zwilżenia dna baku.

Musiał odwiesić pistolet.

Ruszył ku budynkowi stacji. Skoro kasjer gdzieś odszedł, mógł na niego zaczekać i poprosić o benzynę na kredyt. Zawczasu ułożył wyjaśnienie: jechał do chorego krewnego, zabłądził, portfel zgubił na przełęczy. Nie zdecydował jeszcze, w jakiej kolejności to opowie.

Szklane drzwi się nie otworzyły.

Pociągnął mocniej, potem pchnął, choć na uchwycie widniał napis CIĄGNĄĆ. Zamek głucho stuknął. W środku paliło się światło, kasa była włączona, lecz drzwi pozostawały zamknięte. Nie wisiała na nich ani tabliczka ZAMKNIĘTE, ani kartka, ani nawet rozkład godzin otwarcia.

— No zdarza się. Człowiek nie może pójść zrobić kupy?

Zapukał kostkami w szybę. Cicho, żeby nie rozzłościć kogoś, kto mógł być w środku. Potem zapukał ponownie i przyłożył dłonie do twarzy, zaglądając do wnętrza. Nikt nie pojawił się za ladą.

Mógł poczekać. Prędzej czy później człowiek wróci. Odszedł od drzwi, wsunął ręce do kieszeni i rozejrzał się po pustej stacji w poszukiwaniu miejsca, w którym nie będzie go przewiewać.

Przy krawędzi drogi coś błysnęło.

Uznał, że to odłamek szkła, lecz blask był zbyt równy. W świetle latarni na mokrym asfalcie leżała moneta. Nieco dalej połyskiwała druga. Za nią — trzecia.

Kiedy podszedł bliżej, zobaczył, że monety nie były rozsypane w kupce, lecz leżały pojedynczo, w jednakowych odstępach. Tworzyły ścieżkę prowadzącą poboczem w głąb mgły. Pierwsze znajdowały się jeszcze w świetle stacji. Pozostałe rozbłyskiwały dalej rzadkimi żółtymi punktami.

Podniósł najbliższą monetę i potarł ją kciukiem. Prawdziwa.

Następna leżała dwa kroki dalej.

— Ktoś mi dopomógł z tą benzynką — ucieszył się. — Grosz do grosza, a będzie kokosza.

Wsunął monetę do drugiej, pustej kieszeni.

Dzyń!

W pustej kieszeni moneta opadła bezgłośnie. Krótki, czysty dźwięk zabrzmiał gdzieś za oczami.

Włożył tam następną.

Dzyń!

Potem jeszcze jedną.

Dzyń!

— Zabawne — mruknął. — Jak w jakiejś grze wideo.

Ostatnie słowo wciąż jeszcze brzmiało mu w głowie, kiedy za oczami poczuł tępy ucisk. Zatrzymał się, przycisnął dłoń do czoła i zacisnął powieki.

Gra wideo.

Ból się nasilił.

Zaczął liczyć zebrane drobne, przeliczać je na litry i szacować, jak daleko zdoła jeszcze dojechać. Ucisk natychmiast zelżał, a po kilku sekundach całkiem zniknął.

— Pewnie pogoda — uznał. — W górach ciśnienie zawsze skacze.

Schylił się po następną monetę, nie wracając już do tej myśli.

Dzyń!

W ten sposób doszedł niemal do granicy światła padającego ze stacji. Monety leżały pojedynczo: na asfalcie, przy krawężniku, między kępami uschniętej trawy. Po każdej w jego głowie rozlegało się takie samo dzyń. Nie liczył już monet, lecz litry, i ból nie wracał.

Zebrane drobne przyjemnie ciążyły w kieszeni. Poklepał je dłonią i obliczył, że na dwa litry benzyny powinno już wystarczyć. Może nawet trochę zostanie.

Ostatnia moneta leżała w kałuży.

Ciemna woda niemal całkiem ją przykrywała. Tylko okrągła krawędź połyskiwała pod cienką warstwą benzynowych smug. Kucnął, podwinął prujący się rękaw i przez chwilę się przymierzał, próbując podważyć monetę paznokciem tak, żeby nie zamoczyć palców.

Nie udało się.

— Monetka się wody napiła… — powiedział współczująco.

Zanurzył dwa palce w lodowatej wodzie i podniósł monetę. Brudne krople spłynęły po dłoni ku rękawowi.

Dzyń!

Wytarł palce o bluzę i zaczął się podnosić.

E-CHRR-R-RRM!

Dźwięk uderzył go prosto w tył głowy — tak blisko, jakby cudze gardło znajdowało się tuż przy jego uchu.

Krzyknął i rzucił się do przodu. Podeszwa adidasa poślizgnęła się na krawędzi kałuży, ręce wystrzeliły mu nad głowę, a moneta zaciśnięta między palcami omal nie wpadła z powrotem do wody. Przez kilka chwil pozostały tylko jego chrapliwy oddech i uderzenia pulsu w uszach.

Ktoś za jego plecami tylko odchrząknął — głośno, ze świstem.

Odwrócił się.

Dwa kroki od niego stał bezdomny.

Mężczyzna był owinięty kilkoma warstwami ubrań: na zatłuszczonej kurtce wisiał długi płaszcz z poszarpanym dołem, spod dzianinowej czapki sterczały sklejone siwe włosy. Twarz niemal zupełnie skrywała kłaczasta broda. Pachniał mokrą wełną, tytoniem i dawno niemytym ciałem.

W jednej dłoni bezdomny trzymał iPhone’a.

Nie znał dokładnie modelu. Chyba piętnastka — podobny widział kiedyś za szybą wystawy. Ten egzemplarz także zdążył wiele przejść: narożniki obudowy były obite, tylna klapka porysowana, a od ukruszenia przy dolnej krawędzi rozchodziły się cienkie pęknięcia. Nawet w takim stanie był wart pewnie więcej niż jego samara. Ekran świecił jasno, lecz bezdomny trzymał telefon pod kątem i nie dało się zobaczyć, co było na nim otwarte.

Pod splątaną brodą poruszyła się grdyka. Bezdomny odezwał się głośno i chrapliwie:

— Niech pan wesprze rodzimy gamedev wishlistą.

Wyciągnął iPhone’a obiema rękami i znieruchomiał, patrząc mu prosto w twarz.

Ekran znalazł się teraz tuż przed jego oczami. Otwarta była na nim strona sklepu Steam. Zamiast ceny i przycisku zakupu widniała informacja, że gra jeszcze nie została wydana, a niżej propozycja dodania jej do listy życzeń.

Przeniósł wzrok na zrzuty ekranu. Jaskrawa trójwymiarowa postać skakała po platformach zawieszonych w powietrzu. Jedne wznosiły się stopniami, inne poruszały nad pustką, a między nimi ciągnęły się równe łańcuchy złotych monet. Postać ukazano od tyłu i nieco z góry.

— Pomógłbym, oczywiście… Tylko komputera nie mam. Nie mogę sobie pozwolić — zaczął żałośnie paplać.

— Można zagrać na telefonie — zachrypiał bezdomny.

— Telefon też mam starutki. Gry nie pociągnie.

Wyjął z kieszeni bluzy swój telefon z klawiaturą i pokazał go bezdomnemu.

Tamten przez kilka sekund patrzył na wytartą obudowę i pęknięty zielony ekran. Potem powoli uniósł oczy i spojrzał na niego znacząco.

— Dobra — rzucił chrapliwie bezdomny.

Schował iPhone’a i ruszył drogą. Po kilku krokach poszarpany dół płaszcza rozpłynął się we mgle. Nie było słychać kroków.

Przez materiał kieszeni ścisnął monety. Na dwa litry wystarczy.

Wiatr uderzył nagle.

Metalowa wiata nad stacją zahuczała. Mgła przesunęła się w poprzek drogi jedną zwartą warstwą, ale się nie rozproszyła. Wyleciało z niej kilka białych drobinek. Jedna stuknęła go w policzek i stopniała.

Potem śnieg lunął od razu — gęsty, mokry, niemal poziomy. W kilka sekund pobielił mu ramiona i kaptur. Wiatr odnalazł dziury na łokciach, wdarł się pod bluzę i zimnymi palcami przesunął po plecach. Wytarty materiał dżinsów nie chronił przed chłodem, a w prawym adidasku już chlupotała woda z kałuży.

Naciągnął kaptur i spojrzał na samochód. Bez benzyny nie włączy ogrzewania. I tak będzie siedział i marzł, dopóki kasjer nie wróci.

— Dziurawe portki przed zimnem nie chronią. Wejdę do galerii się ogrzać.

Centrum handlowe świeciło słabo poprzez śnieg. Wiatr wiał od tamtej strony i wraz z mokrymi płatkami niósł słodkawy zapach przegrzanego tłuszczu.

Przytrzymując dłonią kieszeń z monetami, ruszył poboczem ku pustemu parkingowi.

Im bardziej się zbliżał, tym jaśniej świeciły okna centrum handlowego. Nad wejściem bielał szyld, wzdłuż fasady ciągnęły się oświetlone wystawy. Jednak za żadną szybą nie przemknął cień. Na parkingu nie trzaskały drzwi, nie skrzypiały wózki, nikt nie spieszył przez śnieg do wejścia.

Tuż przed wejściem stał UAZ Patriot. Silnik pracował na wolnych obrotach, z rury wydechowej buchała para. Drzwi kierowcy były otwarte na oścież. Śnieg nie zdążył jeszcze osiąść na siedzeniu ani progu.

Zatrzymał się pośrodku parkingu i rozejrzał. Potem spojrzał na pracujący samochód.

— Hmm, można się też poczęstować benzynką, póki nikt nie widzi — powiedział do siebie.

Zerkając na wejście, podszedł do UAZ-a i zajrzał do środka przez otwarte drzwi.

Na siedzeniu pasażera leżał pistolet.

Krawędź drzwi wyślizgnęła mu się z palców. Krok w tył. Potem następny.

— Chociaż chyba lepiej nie.

Obszedł samochód szerokim łukiem i ruszył do wejścia.

Pod szklanym daszkiem wiatr niemal ucichł. Strząsnął śnieg z kaptura i przyjrzał się wejściu. Za szklanymi drzwiami widać było punkt informacyjny, ławki i początek szerokiej galerii. Na ladzie leżał równy stos ulotek reklamowych, a podłoga lśniła pod rzędami sufitowych lamp. Poruszało się w niej tylko jego odbicie. Kaptur przykleił się do czoła, po bluzie rozlewały się ciemne mokre plamy.

Za plecami wciąż warczał UAZ. Obejrzał się na otwarte drzwi, po czym znów spojrzał do wnętrza centrum handlowego.

Gdy tylko zrobił kolejny krok, automatyczne drzwi bezgłośnie się rozsunęły. Z przedsionka napłynęło ciepło i słodkawy zapach przegrzanego tłuszczu.

Przekroczył próg.

Szklane skrzydła zwarły się za jego plecami i wycie wiatru natychmiast ucichło.

II. Ostatnie pytanie

W środku było ciepło, ale nie robiło się przez to przytulniej. Powietrze trwało w bezruchu i pachniało mokrym ubraniem, kurzem oraz czymś smażonym. Śnieg na ramionach od razu zaczął topnieć. Zimne krople spłynęły po szyi pod bluzę.

Odwrócił się. Za szybą śnieg leciał niemal poziomo, zasypując parking. UAZ nadal stał z otwartymi drzwiami, lecz stąd nie było słychać pracującego silnika. Nie było też słychać wiatru. Szklana ściana pokazywała niepogodę bez jednego dźwięku, jakby za nią wyświetlano niemy film.

Przed nim ciągnęła się szeroka galeria. Po jakichś dwudziestu metrach krzyżowała się z drugą, równie szeroką, a nad skrzyżowaniem otwierało się piętro. Błyszczały tam metalowe barierki i poruszały się czarne poręcze schodów ruchomych.

Do skrzyżowania nie było daleko. Zwykle taki odcinek pokonuje się bez zastanowienia.

Potarł dłonie i ruszył naprzód.

Po obu stronach świeciły wystawy. Białe światło kładło się na kafelkach równymi prostokątami i prawie nigdzie nie pozostawiało cienia. Za jedną szybą manekiny stały w zimowych kurtkach; niebieski, z rękawami rozłożonymi w stronę przejścia, znajdował się najbliżej. Za inną na przezroczystych podstawkach leżały telefony o wygaszonych ekranach. Kraty sklepów były podniesione, drzwi otwarte, towary starannie rozłożone — tylko przy kasach i między wieszakami nikogo nie było.

W szybie pierwszej wystawy własne odbicie wydało mu się człowiekiem idącym z naprzeciwka. Zdążył ustąpić mu drogi. Mokry mężczyzna w dziurawej bluzie także zrobił krok w bok.

— Przepraszam — mruknął i od razu zrozumiał, kogo przeprosił.

Obejrzał się, sprawdzając, czy ktoś tego nie zauważył. Galeria pozostawała pusta.

Pod sufitem jednostajnie buczały lampy. Z oddali do buczenia dołączał miękki mechaniczny łoskot schodów ruchomych. Ani muzyki, ani komunikatów, ani rozmów dobiegających ze sklepów.

Mokre podeszwy zostawiały na jasnych kafelkach ciemne ślady. Ciągnęły się za nim od wejścia jednym nierównym łańcuchem. Innych śladów nie było — ani świeżych, ani podsychających, choć podłoga przy drzwiach wciąż błyszczała od wody, która spłynęła z jego ubrania.

Na ladzie z etui do telefonów leżało otwarte czasopismo, obok stał kubek z ciemnym osadem na dnie. Krzesło było nieco odsunięte, jakby sprzedawca dopiero co wstał i poszedł na zaplecze.

Za ladą czerniał wąski otwór drzwiowy.

Wąskie przejście zmusiło go do zwolnienia. Czekał, aż ktoś stamtąd wyjdzie. Nikt nie wyszedł.

— Halo? Pracuje tu ktoś?

Głos rozszedł się po pustym wnętrzu i szybko wyblakł. Ostatnia sylaba wróciła skądś z góry, zbyt cicha, by wziąć ją za odpowiedź.

Poszedł dalej. Mniej więcej w połowie drogi ciepłe powietrze przestało wydawać się ciepłe. Nie zrobiło się zimniej — po prostu zniknęło wrażenie, że gdzieś w pobliżu powinni być grzejniki, kuchnia, ludzie. Pozostała jednakowa temperatura we wszystkich kierunkach, jak w pomieszczeniu, które dawno zamknięto, zapominając zgasić światło.

Skrzyżowanie zbliżało się powoli. Wystawy się powtarzały: ubrania, buty, ciemne ekrany, białe cenówki. Po kilku krokach znów natknął się na niebieską kurtkę o rozłożonych rękawach, tym razem za inną szybą. Pewnie jedna sieć wynajmowała kilka lokali naraz. W centrach handlowych tak bywa.

Wreszcie ściany rozeszły się na boki.

Cztery galerie zbiegały się pod kwadratowym otworem piętra. Każda prowadziła między rozświetlonymi wystawami i po kilkudziesięciu metrach rozpływała się w jednakowym białym blasku.

Pośrodku skrzyżowania pracowały dwa ciągi schodów ruchomych. Jeden wywoził puste stopnie na górę. Drugi przywoził stamtąd takie same puste stopnie i składał je pod metalowym grzebieniem. W równych odstępach coś głucho stukało wewnątrz mechanizmu.

Zatrzymał się przy dolnym podeście i spojrzał na piętro. Nad barierkami było widać świecące szyldy, krawędzie wystaw i nieruchome plakaty reklamowe. Nikt nie podszedł do balustrady. Nikt nie zjechał na dół.

Do schodów rzeczywiście było nie więcej niż dwadzieścia metrów. Stąd drzwi wejściowe z jakiegoś powodu wydawały się znacznie odleglejsze.

Postał jeszcze chwilę przy ruchomych stopniach. Na górze świeciły takie same białe wystawy, a słodkawy zapach przegrzanego tłuszczu stawał się silniejszy. Pewnie strefa gastronomiczna była na piętrze. Tam już na pewno znajdzie się ktokolwiek — sprzedawca, sprzątaczka albo ochroniarz.

— Nie mogli przecież wszyscy naraz wyjść.

Położył dłoń na czarnej poręczy. Guma była ciepła i lekko lepka. Spod metalowego grzebienia kolejno wysuwały się stopnie, rozkładały i jechały w górę. Zawahał się przez chwilę, wycelował krok i wszedł.

Prawy adidas poślizgnął się trochę na żebrowanym metalu. Zachwiał się; mocniej zacisnął dłoń na poręczy i postawił obie stopy bliżej środka stopnia.

Schody poniosły go na górę.

Naprzeciwko poruszał się pusty zjazd. Czarna poręcz pełzła w dół, stopnie rozkładały się przy górnym podeście i powoli jechały ku parterowi, nie wioząc ani jednego człowieka. Z przyzwyczajenia stał po prawej stronie, choć nikt nie mógł go wyminąć.

Z każdym metrem odsłaniało się coraz więcej piętra. Za balustradami ciągnęła się następna galeria z oświetlonymi sklepami. W głębi bielały stoliki strefy gastronomicznej. Krzesła były równo wsunięte, nad ladami świeciły tablice z menu, lecz między stolikami nikt nie siedział.

Mniej więcej w połowie podjazdu gdzieś daleko w głębi centrum handlowego huknął wybuch.

Dźwięk nadszedł jako głuche uderzenie, jakby kilka ścian wzięło je na siebie. Zaraz potem po stropach przetoczył się niski pomruk. Metalowe stopnie zadrżały drobno pod jego stopami.

— Co do diabła? — wyszeptał.

Wtulił głowę w ramiona i obiema rękami chwycił poręcz.

Białe światło zgasło.

W tej samej chwili wyłączyły się lampy sufitowe, szyldy i tablice nad strefą gastronomiczną. Schody pociągnęły go w górę jeszcze o pół stopnia i gwałtownie stanęły. Ciało poleciało siłą rozpędu do przodu; uderzył kolanem o następną metalową krawędź i ledwie utrzymał się na nogach.

Poręcz szarpnęła się pod dłońmi i znieruchomiała.

W zapadłej ciemności przez kilka sekund trwał daleki pomruk. Potem i on zniknął.

Oświetlenie awaryjne się nie włączyło.

Stał przez chwilę, nie puszczając poręczy. Przed oczami pływały mu białe prostokąty zgaszonych wystaw. Gdzieś na dole, za szklaną fasadą, szarzał śnieg, lecz jego światła nie wystarczało nawet, by rozróżnić stopnie pod nogami.

— O nie. Mnie to niepotrzebne.

Wymacał kieszeń bluzy, wyjął telefon i nacisnął przycisk. Przygaszony zielony ekran oświetlił palce, krawędź poręczy i dwa najbliższe stopnie. Nadal nie było zasięgu.

Odwrócił się i zaczął schodzić. Nieruchome schody okazały się bardziej strome, niż wyglądały z dołu. Każdy krok rozlegał się we wnętrzu pustej metalowej skrzyni, a kolejne echo nadchodziło dopiero wtedy, gdy zamierał, sprawdzając ekranem dalszą drogę.

Przy dolnym podeście adidas zahaczył o grzebień. Omal nie upadł, zaklął szeptem i zszedł na kafelki.

Droga powrotna do wejścia zajęła dłużej, niż powinna. Wygaszone wystawy nie odbijały już galerii — za szybami wisiała nieprzenikniona czerń. Zielone światło telefonu wyławiało z niej to białą dłoń manekina, to skraj pustej ławki, to jego własne mokre ślady. Szedł po nich jak po drogowskazach.

Śnieg za drzwiami wejściowymi zabarwił parking na szaro. UAZ majaczył jako ciemna plama naprzeciwko wyjścia; drzwi kierowcy wciąż były otwarte.

Podszedł do automatycznych drzwi.

Skrzydła się nie rozsunęły.

Cofnął się o krok i znów zbliżył do czujnika. Potem uniósł telefon nad głowę, pomachał nim, a nawet podskoczył. Drzwi ani drgnęły.

— No otwórzcie się.

Wsunął palce w szczelinę między skrzydłami i pociągnął je na boki. Jedno najpierw ustąpiło, pozostawiając prześwit na szerokość dłoni, ale dalej nie chciało się ruszyć. Gdzieś pod ramą sucho kliknęło. Naparł mocniej, ślizgając się mokrymi podeszwami po kafelkach, i puścił.

Skrzydło wróciło na miejsce.

— To przez prąd — powiedział do siebie. — Wyłączyli światło, więc automatyka się zablokowała. Nic takiego.

Ostatnie słowa zabrzmiały ciszej niż pierwsze.

Popatrzył przez szybę na zasypywany parking, potem na czarną galerię za plecami. Ktoś musiał wiedzieć, jak otworzyć drzwi. Na piętrze była strefa gastronomiczna; mógł tam być ochroniarz albo ktoś z pracowników.

Osłaniając dłonią świecący ekran, ruszył z powrotem własnym śladem.

Schody ruchome czekały na niego pośrodku skrzyżowania. Teraz niczym nie różniły się od dwóch nieruchomych metalowych klatek schodowych prowadzących w mrok. Czarne poręcze lśniły słabo w zielonym świetle telefonu.

Postawił stopę na pierwszym stopniu i zaczął się wspinać.

W połowie zatrzymał się w miejscu, gdzie jeszcze niedawno zachwiał się po nagłym postoju. Nasłuchiwał. Z głębi centrum handlowego nie dobiegały ani głosy, ani alarm, ani trzask ognia.

Tylko gdzieś daleko i miarowo kapała woda.

Wszedł po pozostałych stopniach i znalazł się na piętrze.

Światło telefonu położyło na kafelkach małą zieloną plamę. Dalej zaczynała się ciemność. Powoli przesunął telefonem z boku na bok, próbując ustalić, gdzie nastąpił wybuch. Ani dymu, ani ognia. Lada strefy gastronomicznej, szklana balustrada i sufit nad nimi wyglądały na całe. Cokolwiek wybuchło, stąd nie było tego miejsca widać. Tylko wcześniejszy zapach przegrzanego tłuszczu mieszał się teraz z suchym pyłem.

Zrobił kilka kroków od schodów i poświecił wzdłuż galerii. Po lewej, za szklaną balustradą, czerniała otwarta przestrzeń nad parterem. Po prawej ciągnęły się zamknięte stoiska gastronomiczne. Na najbliższej ladzie pozostała taca z pustym papierowym kubkiem.

— Może gdzieś gaz wybuchł — mruknął. — Zaraz ktoś się znajdzie. Musi się znaleźć.

Nowy wybuch uderzył znacznie bliżej. Powietrze pchnęło go w plecy. Nad podestem schodów coś chrupnęło.

Zdążył odskoczyć, zanim część stropu runęła tam, gdzie przed chwilą stał. Wraz z betonem posypały się kwadratowe panele, lampy i zgniecione przewody wentylacyjne. Ciężki blok uderzył w poprzek obu ciągów schodów. Stopnie złożyły się jak harmonijka, jedna poręcz pękła i chlasnęła o metalową burtę.

Huk wypełnił całe atrium. Na dole jeszcze przez kilka sekund osypywały się kafelki, dzwoniło szkło i turlały wyrwane części.

Kiedy wszystko ucichło, między piętrem a dolnym podestem piętrzył się stos betonu i poskręcanego metalu. W kilku miejscach wystawały z niego żebrowane stopnie.

Nie od razu zbliżył się do rumowiska. Pył powoli osiadał w zielonym świetle telefonu. W nieruchomym powietrzu pozostał tylko jego oddech — szybki, ze świstem między zębami.

Przysunąwszy telefon bliżej gruzów, zobaczył między płytami wąską szczelinę i zwisający kawałek pręta zbrojeniowego. Za nimi zaczynała się przepaść na parter. Cofnął się i opuścił telefon.

— Drzwi i tak są zamknięte — mruknął. — Niby którędy miałbym wrócić.

Własne słowa go nie uspokoiły. Stał przed rumowiskiem i słuchał, jak gdzieś w głębi z rzadka trzaskają osiadające odłamki.

Z przodu znów huknęło. Galeria zadrżała na całej długości. Przycisnął telefon do piersi i zasłonił głowę ramionami, a po suficie pobiegła szczelina — z początku cienka, ledwie widoczna, potem od niej ku ścianom rozeszło się naraz kilka czarnych linii.

Strop zaczął się walić sekcjami.

Najbliższa płyta spadła płasko kilka metrów od niego i przebiła podłogę. Zaraz potem runęła następna, pociągając za sobą lampy oraz długie wiązki przewodów. Dalsza sekcja zawisła ukośnie, wytrzymała przez kilka chwil, a potem zniknęła w podniesionej chmurze pyłu.

Kafelki pod stopami się wybrzuszyły. Wzdłuż fug przebiegła ciemna szczelina.

Rzucił się przed siebie, z dala od schodów, lecz po kilku krokach stanął na krawędzi.

Galerii przed nim już nie było. Wyrwa przecinała ją od wystaw aż po szklaną balustradę. Światło telefonu zahaczało o przełamany strop parteru i ginęło niżej. Zdawało się, że zapadło się tam jeszcze jedno piętro. Po przeciwnej stronie ocalał krótki odcinek korytarza i drzwi z tabliczką „POMIESZCZENIA SŁUŻBOWE”.

Coś poruszało się w pyle.

Z szarej zasłony wynurzyła się prosta biała krawędź. Najpierw uznał, że z góry spada kolejny fragment sufitu, lecz ten powoli się zbliżył, zatrzymał tuż przy jego stopach i odpłynął z powrotem. Dopiero wtedy w zielonym świetle ujawniła się prostokątna płyta z resztkami okładziny sufitowej i zgaszoną lampą.

Kiedy zniknęła w pyle, dalej zazgrzytał napięty kabel. Z góry opuściła się następna biała krawędź, znieruchomiała na kilka sekund i znów zaczęła sunąć w górę. Przy przeciwnej stronie coś się zakołysało; zielone światło zdążyło wyłowić róg trzeciej płyty i połowę zwisającego szyldu reklamowego, zanim rozpłynęły się w ciemności.

Przy każdym ruchu z góry sypał się drobny pył. Samych mocowań prawie nie widział — tylko kable biegnące w górę, które na przemian się napinały i znikały w szarej zasłonie.

Pierwsza płyta do niego wróciła. Gdzieś nad wyrwą rozległo się głuche stuknięcie i ruszyła w przeciwną stronę. Po kilku sekundach wszystko się powtórzyło.

Rozpoznał ten dźwięk. Tak samo stukały schody ruchome, dopóki działały.

Za jego plecami ze zniszczonych schodów dobiegł metaliczny jęk. Kilka stopni zerwało się i z hukiem poleciało w dół, pociągając za sobą resztkę poręczy.

Nie było już drogi powrotnej.

Ponownie spojrzał na drzwi służbowe po drugiej stronie wyrwy. Potem na najbliższą płytę. Wróciła ku krawędzi, postała obok niego i z głuchym stuknięciem odpłynęła.

Pod prawym adidasem cicho chrupnął kafelek. Telefon musiał trzymać w prawej dłoni. Wolną rękę wyciągnął przed siebie, ugiął kolana i czekał, aż z pyłu znów wyłoni się biała krawędź.

Płyta zatrzymała się naprzeciwko.

Skoczył.

Podeszwy uderzyły w beton, lecz prawy adidas natychmiast pojechał po pyle. Upadł na kolana i omal nie wypuścił telefonu. Na obrzeżach pola widzenia błysnęła czerwona mgła.

Zacisnął powieki. Kiedy otworzył oczy, czerwień już bledła.

— Od tego huku — wykrztusił. — Tylko mnie ogłuszyło.

Na czworakach dotarł do środka i dopiero tam się wyprostował. Druga płyta powoli opadała przed nim. Gdy powierzchnie niemal się zrównały, przekroczył szczelinę i chwycił napięty kabel.

Płyta się zachwiała i pociągnęła go w dół. Po kilku sekundach stanęła, zadrżała i ruszyła z powrotem. W górę, krótki postój, w dół. Zawsze na tę samą wysokość.

Z jakiegoś powodu już wiedział, w którym momencie pojawi się trzecia płyta. Nie chciał siebie pytać, skąd wzięła się ta pewność.

Trzecia płyta wyłoniła się z ciemności dokładnie w oczekiwanej chwili. Poruszała się szerokim łukiem, a połowa szyldu reklamowego pod nią kołysała się z opóźnieniem. Kiedy płyta znalazła się na dole, zeskoczył, runął na dłoń i położył się na brzuchu, przeczekując przechył.

Głowę ścisnęło mocniej niż za pierwszym razem. Czerwona mgła pozostawiła przed oczami tylko wąski pas betonu i zieloną plamę ekranu telefonu.

Ocalały korytarz się zbliżał. Pozostał ostatni odstęp — trochę szerszy od poprzednich. Przerzucił telefon na kafelki i się odbił.

Tym razem ból uderzył wcześniej — ledwie stopy oderwały się od płyty. Prawie nic nie widząc, walnął klatką piersiową w krawędź i zawisł nad wyrwą. Palce ślizgały się po wyszczerbionych kafelkach.

Podciągnął się, przetoczył na brzuch i dopiero wtedy pozwolił sobie zaczerpnąć powietrza. Za nim płyta ze zgrzytem odpłynęła w pył. Czerwona zasłona powoli się przerzedziła, zostawiając przed jego twarzą odłamki oświetlone zielonym blaskiem telefonu.

— Jeszcze głowa — mruknął w kafelki. — Jakby innych problemów było mało.

Do drzwi służbowych pozostało kilka kroków. Klamka obróciła się bez oporu.

Za drzwiami znajdował się wąski korytarz o gołych ścianach. Pod sufitem biegły rury, korytka kablowe i wygaszone lampy w metalowych siatkach. Na końcu szarzał prostokąt wyjścia.

Przy lewej ścianie stała drewniana skrzynia. Nic szczególnego: pociemniałe deski, zardzewiałe łebki gwoździ, obite narożniki. Bok zwrócony ku przejściu był gładki. Miejsca obok było dość, więc minął skrzynię, prawie nie zwalniając.

Za jego plecami drewno przeciągle skrzypnęło.

Zatrzymał się.

Skrzypienie się nie powtórzyło.

Telefon oświetlił przebyty odcinek korytarza. Skrzynia wciąż stała przy ścianie, lecz teraz w stronę przejścia był zwrócony inny bok. Dwie deski przybite na ukos tworzyły na nim równy krzyż.

Pewnie wcześniej zwyczajnie ich nie zauważył. Po skokach nadal wszystko pływało mu przed oczami, a w zielonym świetle można zobaczyć nie takie rzeczy.

— Skrzynia jak skrzynia — mruknął.

Własne słowa nieco go uspokoiły.

Dalej przejście prawie całkowicie zagradzały dwie kolejne skrzynie ustawione jedna na drugiej. Górna była przesunięta ku przeciwległej ścianie. Między jej rogiem a betonem pozostawała szczelina — wąska, lecz wystarczająca, by przecisnąć się bokiem.

Oparł dłoń o dolną skrzynię i pchnął.

Nie drgnęła.

Przy drugiej próbie drewno sucho zatrzeszczało pod jego dłonią, ale skrzynia jakby stanowiła jedną całość z podłogą.

Nie chciał wracać do wyrwy. A niby po co? Wyjście było tuż-tuż.

Obrócił się bokiem, wciągnął brzuch i wszedł w szczelinę. Plecy od razu przywarły do zimnej ściany. Wystająca górna skrzynia znalazła się naprzeciwko jego twarzy.

Musiał poruszać się drobnymi, dostawnymi krokami. Bluza tarła o beton, a policzek niemal dotykał szorstkich desek. Telefon trzymał przy piersi. Słabe zielone światło padało od dołu na krzyżowe listwy.

Kiedy jego twarz zrównała się z ich środkiem, na desce pojawiła się cienka pozioma szczelina.

Obok powstała druga.

Zamarł.

Szczeliny powoli rozwarły się niczym powieki.

Z drewna spoglądało dwoje wilgotnych, wypukłych oczu. Żółtawe białka przecinały cienkie czerwone naczynka. Źrenice początkowo pozostawały nieruchome i patrzyły w różne strony.

Lewe oko obróciło się ku niemu.

Zaraz potem prawe.

Obie źrenice zatrzymały się na jego twarzy.

Chciał się cofnąć, lecz potylica już opierała się o ścianę. Ruch do przodu blokował wystający narożnik dolnej skrzyni.

Oczy otworzyły się szerzej.

Między listwami coś trzasnęło.

TRZ-R-R-RAK!

Przedni bok skrzyni rozszedł się w poprzek. Z czarnej szczeliny wywinęła się paszcza. W zielonym świetle mignęły wilgotne dziąsła i kilka ciasnych rzędów nierównych zębów.

Z paszczy buchnęło zapachem gorącego, słodkawego tłuszczu.

Rzuciła się ku jego twarzy.

Uniósł ramię i schylił głowę. Zęby zacisnęły się na kapturze. Materiał się naprężył, ściskając gardło.

Szarpnął się do przodu.

Skrzynia go zatrzymała.

Paszcza zaczęła szybko kłapać, chwytając materiał coraz bliżej i przyciągając jego twarz. Oczy nad nią nie mrugały.

Palce wymacały krawędź kaptura. Chwycił ją przy szyi, pociągnął ku sobie i znów szarpnął całym ciałem.

Materiał zatrzeszczał.

Wypadł ze szczeliny i runął na kolana. Za jego plecami zachwiał się cały stos.

Górna skrzynia spadła i z hukiem uderzyła o podłogę.

Gdy się odwrócił, zdążył zobaczyć tylko fragment przekręconych listew i jedno otwarte oko. Z paszczy powoli wysuwał się strzęp materiału.

Dolna skrzynia skrzypnęła.

Na jej deskach pojawiły się dwie cienkie szczeliny.

Z głębi korytarza odpowiedziało kolejne skrzypnięcie.

Pierwsza skrzynia nie stała już przy ścianie.

Teraz znajdowała się pośrodku przejścia. W świetle telefonu widać było tylko krzyżowe listwy. Nad nimi błyszczało dwoje nieruchomych oczu.

Podniósł się i pobiegł.

Z tyłu ciężko uderzyło drewno.

Potem jeszcze raz.

Skrzynie poruszały się szarpnięciami, przewalając z krawędzi na krawędź. W biegu obejrzał się tylko raz. Trzy prostokątne sylwetki wypełniały korytarz od ściany do ściany. Padały, ślizgały się po betonie i znów podnosiły. Między deskami migały białe zęby.

Odwrócił głowę.

Uderzenie.

Zgrzyt.

Krótka przerwa.

Wszystko się powtórzyło, tylko bliżej.

Wyjście powinno znajdować się kilka kroków dalej. Kiedy wchodził, dobrze widział drugi koniec korytarza. Teraz biegł już dłużej, niż wcześniej szedł przez całą galerię, a szary prostokąt przed nim nie stawał się większy.

Nad głową kolejno przesuwały się identyczne lampy w metalowych siatkach. Za każdą biegła rura o łuszczącej się czerwonej farbie.

Lampa.

Rura.

Znów lampa.

Za plecami rozwarła się paszcza.

Zęby kłapnęły tuż przy potylicy i wyrwały kolejny kawałek kaptura. Szarpnęło nim do tyłu, lecz materiał od razu pękł.

Pobiegł szybciej. Łokieć uderzył w ścianę. Telefon omal nie wypadł ze zdrętwiałych palców.

Łoskot drewnianych ciał zlał się w jeden ciągły hałas.

Szare wyjście nagle znalazło się tuż przed nim.

Wypadł z korytarza, potknął się i runął na czworaki. Telefon wyślizgnął mu się z dłoni, kilka razy przekoziołkował i zatrzymał ekranem do góry.

Za jego plecami zapadła cisza.

Chwycił telefon i poświecił w otwór drzwiowy.

Korytarz znów był krótki.

Pierwsza skrzynia stała przy lewej ścianie, zwrócona gładkim bokiem do przejścia. Dwie pozostałe spoczywały równo jedna na drugiej. Między górną skrzynią a ścianą była wąska szczelina.

Żadna się nie poruszała.

Dotknął rozdartego kaptura.

Na deskach nie było ani oczu, ani paszcz.

Nie opuszczając telefonu, cofał się, dopóki otwór drzwiowy nie zniknął za ścianą.

Tutaj było jaśniej. Wysoko nad głową ciemniał szklany dach zasypany śniegiem. Przesączało się przez niego równomierne szare światło. Padało na dwa poziomy galerii, szerokie schody i pustą przestrzeń parteru.

Podniósł głowę.

Na galerii piętro wyżej, między szarymi balustradami, widać było niewielką pomarańczową plamę.

Była to plastikowa maska uśmiechniętego fenka. Wisiała na piersi człowieka, który położył dłonie na metalowej balustradzie. Wielkie uszy maski sterczały na boki. Lewe oko było przymknięte jak przy mrugnięciu; jedyny otwór czerniał w miejscu prawego.

Dopiero potem dostrzegł rozpięty długi płaszcz, koszulę i ciemne spodnie. Pomarańczowy plastik pozostawał jedynym jaskrawym kolorem w całym szarym atrium.

Maska nie zasłaniała człowiekowi twarzy, lecz z tej odległości nie dało się rozpoznać rysów. Człowiek stał nieruchomo. Wydawało mu się, że tamten patrzy w dół, prosto na niego.

Zrobił kilka kroków ku szerokim schodom.

Szare światło padło na twarz nieznajomego. Był młody — miał około dwudziestu pięciu lat. Ciemne włosy średniej długości opadały na skronie i niemal dotykały uszu. Z bliska dało się zobaczyć, że jego prawe oko było niezwykłe: wokół źrenicy biegły dwa koncentryczne pierścienie tęczówki, jeden wewnątrz drugiego.

Przy piersi nieznajomy trzymał czarną krótkofalówkę z długą anteną.

Wyprostował się przy balustradzie.

— Stój. Ani kroku bliżej. Co tutaj robisz?

Głos zabrzmiał stanowczo i wyraźnie. Do dolnego stopnia pozostało jeszcze kilka metrów, lecz posłusznie się zatrzymał.

— Ja… ja tylko… Benzyna się skończyła… Tylko tu wjechałem. Nie jestem stąd.

Słowa wychodziły pojedynczo. Raz patrzył na człowieka, raz spuszczał wzrok ku schodom, jakby można tam było znaleźć bardziej przekonujące wyjaśnienie.

Nieznajomy milczał przez kilka sekund.

— Słuchaj uważnie: nie ufaj oczom. Teraz odpowiedz jasno — co dokładnie widziałeś?

— Co?… Nie rozumiem. Co tu się dzieje?

— Anomalia. Klasa „Recanete-Lewiatan”. Reszta nie ma teraz znaczenia. Co widziałeś?

— Goniły mnie drewniane skrzynie. Z zębami.

Człowiek trochę opuścił krótkofalówkę. Ściągnął brwi, a podwójna tęczówka prawego oka błysnęła w szarym świetle.

— Skrzynie? Jakie skrzynie? Kim ty jesteś?

Otworzył usta.

Imię powinno przyjść pierwsze. Najprostsze słowo — to, którego używał przez całe życie. Ale za nim nie było niczego. Ani imienia, ani domu, ani twarzy, którą mógłby nazwać własną.

— Kim jestem… — wyszeptał. — Kim jestem?

Zaczął klepać się po kieszeniach. Monety zadzwoniły w dżinsach. Palce natrafiły w głębi tylnej kieszeni na twardy prostokąt, którego wcześniej nie zauważył.

Był to niebieski identyfikator. Porysowana agrafka wciąż trzymała się na odwrocie. Na przedniej stronie równymi białymi literami wydrukowano:

Imię: Cz. Monia

Stanowisko: Twórca platformówek 2D

Dłoń z identyfikatorem zadrżała.

Ból wchodził w skronie powoli, jak dokręcana śruba. Na skrajach pola widzenia pojawiła się czerwona mgła. Najpierw cienka, niemal przezroczysta, gęstniała z każdym uderzeniem serca.

Na niebieskiej powierzchni identyfikatora pojawiła się brunatna kropka.

Rdza rozpełzała się po plastiku cienkimi żyłkami. Tam, gdzie przechodziła, białe litery matowiały i znikały: najpierw stanowisko, potem imię. Przesunął po nich kciukiem. Na skórze został rudy pył.

Spróbował podnieść głowę, lecz ta sama szarpnęła w bok. Potem jeszcze raz. Podbródek zaczął chodzić od ramienia do ramienia, coraz szybciej, jakby ktoś w środku razem z nim zaprzeczał.

— Ja… Ja… twó… twór… ca… plat… platformó… wek…

Każdy strzęp słowa musiał przepchnąć przez zaciśnięte zęby. Czerwona mgła zaciskała się wokół niebieskiego prostokąta w jego dłoni.

Atrium zniknęło.

Przed nim stał długi stół z ciemnego drewna. Światło odbijało się w wypolerowanym blacie i szklanych drzwiczkach szaf. Gruby dywan tłumił kroki. W wysokich oknach leżało białe dzienne niebo.

Po drugiej stronie stołu siedziało czterech mężczyzn w garniturach.

Jeden z nich splótł dłonie przed sobą i się uśmiechnął.

— Dzień dobry, Monia. Dziś ma pan szansę zaproponować pomysł i kierunek rozwoju naszej firmy. Proszę zaczynać, bez skrępowania.

Po tej stronie stołu on sam również siedział w garniturze — czystym, dobrze dopasowanym, jeszcze nieprzetartym na łokciach. Czuł ciasny kołnierzyk koszuli i gładką krawędź teczki pod dłonią. Chciał zacząć jak najprędzej.

— A może zrobimy platformówkę 2D! — powiedział radośnie i się uśmiechnął.

W gabinecie zapadła cisza.

Czterej mężczyźni popatrzyli po sobie. Jeden uniósł brew. Drugi powoli odchylił się na oparcie fotela.

Ktoś parsknął.

Potem zaczęli rżeć.

Śmiech uderzył ze wszystkich stron jednocześnie. Mężczyźni klepali dłońmi w stół, odrzucali głowy i znów zerkali na siebie, jakby jeden jego uśmiech wystarczał, żeby zaczynali od nowa. Rżeli i rżeli, a gabinet wydłużał się, przeciwległy koniec stołu odsuwał coraz dalej.

Czerwona mgła powróciła. Zalała okna, dywan, białe mankiety.

Twarze za stołem zaczęły się zmieniać. Uśmiechy rozciągnęły się aż po uszy, ale oczy pozostały nieruchome. Skóra zsunęła się z kości policzkowych i zebrała fałdami przy kołnierzykach. Jeden z mężczyzn odwrócił głowę, a twarz podążyła za ruchem z opóźnieniem, jakby była nałożona na inną. Garnitury nadal leżały bez jednej zmarszczki; tylko ciała pod nimi stały się zbyt długie, zbyt szerokie w ramionach.

Za stołem nie siedzieli już ludzie. Pod ludzką skórą, naciągniętą w niewłaściwym rozmiarze, poruszało się coś innego.

Wciąż się śmiali.

Śmiech się urwał.

Szare atrium wróciło od razu — wraz z zimnymi kafelkami pod adidasami i bólem w zesztywniałym karku. Głowa przestała drgać. Dłoń z identyfikatorem również znieruchomiała.

Identyfikator stał się czerwony. Rdzawe smugi zniknęły, powierzchnia błyszczała jak nowa. U góry żółciło się logo z kurzym skrzydełkiem:

SPICY WINGS TODAY

Imię: Cz. Monia

Stanowisko: Specjalista od kotlecików

Przypomniał sobie.

Zaraz potem wróciła cała reszta: jak po tym śmiechu stracił dawną pracę; jak stał przy rozgrzanej płycie i przewracał kotlety; jak słodkawy zapach przegrzanego tłuszczu wżarł się w ubranie i włosy. Ten sam zapach, który przyprowadził go tutaj ze stacji.

— Wszystko z tobą w porządku? — krzyknął człowiek z góry.

Podniósł na niego oczy.

Gdzieś daleko zahuczał wybuch.

Najpierw nadszedł dźwięk — niski, ciężki łoskot. Zaraz potem fala ciśnienia przeszła przez atrium, wygięła wielkie szyby i uderzyła go w pierś. Wtedy wszystkie okna pękły naraz. Do środka wtargnęły śnieg, szare powietrze i tysiące przezroczystych odłamków.

Jeden wbił mu się w gardło.

Chwycił się za szyję i upadł na plecy. Zamiast krzyku wydobył się z niego krótki, mokry charkot. Nad nim, kołysząc się na urwanym kablu, wisiał kawał betonowej płyty.

Mrugnął.

Zamiast kamienia wisiała złota skrzynia. Na boku miała namalowany czarny znak zapytania.

Mrugnął ponownie.

Kamień.

Jeszcze raz.

Złota skrzynia.

Zaczął mrugać szybko, konwulsyjnie. Kamień i skrzynia zmieniały się miejscami, lecz za każdym razem złoto pozostawało odrobinę dłużej. W końcu została tylko skrzynia. Zachwiała się nad jego głową i zaczęła spadać.


Z górnej galerii wyglądało to inaczej.

Człowiek z maską fenka widział leżącego na plecach mężczyznę, jego dłonie przyciśnięte do gardła i kawał betonowej płyty wiszący nad nim na ostatnim kablu. Mężczyzna często mrugał i patrzył prosto na kamień.

Kabel pękł.

Człowiek nie zdążył krzyknąć. Płyta runęła, miażdżąc leżącemu głowę i klatkę piersiową. Spod betonu wyleciał czerwony identyfikator, prześlizgnął się po kafelkach i zatrzymał przy schodach.

Krótkofalówka w jego dłoni zaszumiała.

— Odbiór. Kultyści odpalili ładunki na cmentarzu w Starym Mieście! — odezwał się kobiecy głos.

Człowiek nacisnął boczny przycisk.

— Już zauważyłem. A gdzie, twoim zdaniem, jestem?

Puścił przycisk, położył krótkofalówkę na podłodze przy bucie i jeszcze raz spojrzał na ciało pod płytą.

— Kurwa! Jak ja to wszystko wyjaśnię inkwizycji?

Koniec